sobota, 24 listopada 2012
Chapter Ten
Oczami Valerie
Czekałam na Lou ponad dwie godziny. Bałam się jak nigdy wcześniej, a winą nie obarczałam nikogo innego jak siebie. Nawet nie wiem, czy chłopcy wiedzieli, że tu jestem, wszyscy w sumie spali. A ja – jak u siebie – siedziałam na kanapie i czekałam aż wróci. Mówiłam sobie, że nie pójdę do domu dopóki nie wróci. Chociaż było mi głupio. Nie byłam u siebie i siedziałam sama. Ale tak strasznie się o niego bałam, że nie mogłam wysiedzieć. Wstawałam, chodziłam bezsensownie po salonie zanosząc się płaczem.
Nagle usłyszałam, otwieranie drzwi. Pełna nadziei, że to mój przyja... chłopak... spojrzałam na drzwi. Niestety rozczarowałam się, drzwi nadal były zamknięte. Spojrzałam więc w prawo – ktoś schodził z góry. Kto? Styles.
- czemu ty tu jeszcze jesteś? - usłyszałam jego zaspany, zachrypnięty głos.
- czekam na Lou. - usiadłam na kanapie.
- aha. - odparł przecierając oczy i sięgnął z lodówki mleko, które upuścił, przez co się wylało. - możesz to wytrzeć skoro siedzisz tu bez pytania.
Nie odpowiedziałam, nie chciałam wszczynać kłótni. Po chwili znowu usłyszałam otwieranie drzwi. Loczek tylko prychnął w moją stronę i poszedł na górę. Rozpieszczone dziecko, co ja w nim widzę? Boże, to takie głupie uczucie. Oddałabym za niego wszystko, chociaż jest taki wredny...
Poczułam, jak ktoś szarpie mnie za ramiona. Otworzyłam oczy i spojrzałam na ludzi dookoła.
- co jest? - spojrzałam na osobę która mnie wybudziła.
- twój książę się znalazł. - powiedział Harry. - jest w Doncaster, wróci za tydzień. Powiedział, żebyś się nie martwiła, i że cię kocha. - po tych słowach prychnął.
- przeprosiłeś go przynajmniej?
- kim ty jesteś żeby do mnie tak mówić? - znowu prychnął i usiadł na końcu kanapy, po czym włączył telewizor.
- nie no, po prostu wypadałoby. - wzruszyłam ramionami.
- to on obił mi całą twarz, nie będę nikogo przepraszał!
- a ty obiłeś mi! - zacisnęłam zęby. Nie liczyłam na przeprosiny, czy cokolwiek, po prostu chciałam, żeby Larry się pogodził.
- wczoraj przeprosiłem, myślisz, że zrobię to drugi raz? - prychnął ponownie.
- przestań prychać. - odparłam.
- bo co? Jestem u siebie. - rozwalił się na kanapie i położył mi nogi na uda. Czy on jest normalny?
Wyszłam z domu. Wychodząc, natknęłam się na Niall'a.
- wychodzisz? - zapytał.
- tak, ktoś tu nie chce mojego towarzystwa. - zmarszczyłam brwi. - ale to nic nowego, co tam?
- nic, kupiłem coś na śniadanie, nie zjesz z nami? - zapytał machając mi jakąś reklamówką przed oczami.
- nie, raczej nie. - uśmiechnęłam się. - pójdę już.
- jak chcesz, cześć. - odwzajemnił uśmiech.
- pa. - odparłam i odeszłam. Nie miałam gdzie iść, skoro Lou wyjechał. Postanowiłam iść więc do Vivienne, mimo że był u niej Zayn.
Znowu zaczęłam zastanawiać się nad tym, jak mogłam palnąć, że też kocham Lou. Przecież go kocham jako przyjaciela, narobiłam mu tylko nadzieję. A co jest najgorsze? To, że to mój przyjaciel, a ja go oszukałam, podle oszukałam.
Zapukałam do drzwi. Nikt nie otwierał, mimo że pukałam dość długo. Drzwi były otwarte, więc weszłam.
- nie, to ty jesteś jakaś dzika, nie dziwię się, że cię nie lubią! - darł się Zayn w stronę Viv.
- nie krzycz na mnie... - odparła cicho.
- jesteś jakaś nienormalna! - wyszedł zdenerwowany z domu, potrącając mnie przy tym ramieniem tak, że o mało się nie przewróciłam. Spojrzałam na zapłakaną Vivienne, podeszłam do niej i przytuliłam ją.
- chodź, wszystko mi opowiesz. - powiedziałam i poszłyśmy na górę.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz