sobota, 24 listopada 2012
Chapter Two
Oczami Valerie
Siedziałam na wygodnym, brązowym fotelu, wczytując się uważnie w słowa zapisane w książce Nicholas'a Sparks'a „Ostatnia piosenka”. Czytałam to chyba 3-4 raz, miała w sobie coś szczególnego, przez co wzruszałam się za każdym razem, kiedy ją czytałam. Byłam właściwie przy momencie, kiedy Greg umierał...
- i wtedy Harry pocałował tą brunetkę... - z rozmyśleń wyrwał mnie Louis. Spojrzałam na niego zdziwiona, wręcz przerażona, na co on wybuchł ogromnym śmiechem. - wiedziałem, że tymi słowami oderwę cię od czytania!
- to nie było śmieszne! - zamknęłam książkę i delikatnie uderzyłam nią przyjaciela. - nie wiem o co ci chodziło...
- dobrze wiem, że coś pomiędzy wami jest. - spojrzał na mnie podejrzliwie. Co prawda Styles podobał mi się... od zawsze, chyba od chwili kiedy go pierwszy raz zobaczyłam. Ale niestety loczkowaty nie odwzajemnia mojego uczucia, jest wręcz przeciwnie. Nienawidzi mnie, zachowuje się podle, tak, jakbym zabiła mu rodzinę. A ja nic mu nie zrobiłam. W sumie nawet nie rozmawialiśmy normalnie. My w ogóle nie rozmawialiśmy...
- niby co? nawet z nim nie rozmawiam. - wzruszyłam obojętnie ramionami. Było mi głupio oszukiwać Lou, ale co miałam powiedzieć? „Tak, nie rozmawiamy ze sobą, ale jestem w stanie oddać za niego życie!”? Zrobiłabym z siebie większą kretynkę, niż jestem.
- nie wiem... patrzysz na niego tak jakoś inaczej, czasami podczas patrzenia na niego, zamyślasz się i nie można cię wybudzić. - zaczął wymieniać, co trochę mnie zdezorientowało.
- och, skończ już. - westchnęłam. - co robimy?
W tej samej chwili do domu wszedł roześmiany Harreh razem z pozostałymi chłopakami. Niestety jego mina zżędła, kiedy zobaczył, że tu jestem.
- znowu... - burknął pod nosem i poszedł na górę, do swojego pokoju.
- załatwię to. - westchnął Louis i wstał z kanapy.
- nie musisz, jest okey. - uśmiechnęłam się sztucznie. Oczywiście, że bolały mnie te wszystkie czyny Harry'ego. Gdyby chociaż miał pretekst do takiego zachowania... nawet nie chcę już o tym myśleć.
- jednak muszę. - uśmiechnął się. Był to uśmiech zmieszany z grymasem, ale pomińmy... Ich rozmowa zamieniła się bardziej w kłótnie. Poszłam na górę i ustałam pod drzwami.
- co ona znowu tu robi?! - krzyczał Harry. Nie należałam do ciekawskich, czy podsłuchiwaczy, ale chciałam wiedzieć, co o mnie mówią.
- a co ona ci przeszkadza? nie przyszła do ciebie, tylko do mnie! nie musisz zwracać na nią uwagi.
- ale to też mój dom!
W tej chwili dosłownie zepsułam sprawę. Niespodziewanie kichłam, a wzrok Harry'ego i Loui'ego spoczął na mnie. Tomlinson spuścił głowę, jakby miał wyrzuty sumienia, a Harry patrzył wściekły na moją postać.
- o ja już pójdę... - powiedziałam cicho i opuściłam miejsce zamieszkania moich przyjaciół... i Harry'ego.
Próbowałam zrozumieć logikę loczka i to, dlaczego nie porafi – albo może nie chce – mnie zaakceptować, czy polubić. Może Larry rzeczywiście jest prawdziwy, a jego zdaniem, po prostu go niszczę? Albo może... kogoś mu przypominam i celowo nie chce mnie zaakceptować? Teraz to chyba doszukuję się rzeczy nieprawdopodobnych. No ale cóż. Powiadają, że trudno zrozumieć kobietę... ale jak tu zrozumieć mężczyznę?
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz