sobota, 24 listopada 2012

Chapter Eight


Oczami Valerie

Weszliśmy do domu chłopców. Już wcześniej słyszałam jakieś wrzaski pochodzące stąd, ale byłam zbyt zajęta myśleniem nad moją głupotą niż nad krzykami.
- kochani jesteśmy! - krzyknął Louis. - gdzie oni są?
Poszedł na górę, więc poszłam za nim. Gorszego widoku chyba nie mogłam zobaczyć. Prawdopodobnie była tutaj jakaś bójka, gdyż Styles i Horan byli trochę zakrwawieni.
- co tu się działo? - spojrzał na Zayn'a, a po chwili na Vivienne. Natomiast ja czułam na sobie wzrok praktycznie wszystkich osób będących w tym pomieszczeniu.
- znowu przyprowadził tą szmatę. - syknął Harry.- widzę, że ty nie lepszy.
- zamknij pysk. - powiedzieli równo Louis i Zayn. Nie przewidywałam nic dobrego. Chłopaki zeszli na dół, natomiast ja zostałam z Vivienne.
- nic ci nie jest? - spojrzałam na dziewczynę, która tylko przelotnie obdarzyła mnie wzrokiem, schowała twarz w dłoniach i wybuchła spazmatycznym płaczem.
- nie wytrzymam tak dłużej. - mówiła szlochając.
- no już, nie płacz. - przytuliłam ją, tym samym pozwalając jej wypłakać się w ramię.
- oni wszystko zniszczą... - zanosiła się płaczem. - przecież ja go kocham, nie robię nic złego! Prawda?!
- spokojnie... - pogładziłam ją ręką po plecach. - jasne, że nie robisz, wręcz przeciwnie. Uszczęśliwiasz go, a oni robią te złe rzeczy.
Minęło trochę czasu, zanim Vivienne uspokoiła się, ale warto było czekać. Mogłyśmy w spokoju porozmawiasz.
- a co u was? - spojrzała na mnie. Nie powiem, zatkało mnie trochę. Nie ma przecież żadnych „nas”... Jest Louis i Valerie. Nie ma „nas”... - jesteście już razem?
- Viv, wiesz... w sumie to... mogę się ciebie poradzić? - spojrzałam na nią zmieszana.
- jeszcze pytasz? - zaśmiała się melodyjnie.
- bo w sumie to Louis to mój przyjaciel... i on dzisiaj zrobił coś cholernie nie na miejscu. - po tych słowach przyjaciółka spojrzała na mnie zdumiona.
- wy chyba nie ten... wy razem... spaliście? - mówiła szeptem.
- Boże, nie! - zaśmiałam się, mimo iż sytuacja wcale mnie nie bawiła. - on... wyznał mi miłość.
Vivienne kilka sekund siedziała cicho, jednak po chwili wybuchnęła szczęściem i rzuciła mi się na szyję.
- Valerie, to cudownie! - piszczała uradowana. Nie wiem, co ją tak radowało.
- nie, to nie cudownie. - spojrzała nam nie pytająco. - bo ja go kocham, ale jako przyjaciela... nikogo więcej, rozumiesz?
- ale powiedziałaś mu to? - uniosła brew.
- no... tak jakby nie... - zagryzłam dolną wargę.
- to co żeś ty mu nagadała?! - wstała i uniosła głos.
- nie krzycz, bo przyjdą! - przyłożyłam palec do ust, po czym spojrzałam na drzwi i z powrotem przeniosłam wzrok na przyjaciółkę. - no... że też go kocham...
Brunetka patrzyła na mnie jakby... zszokowana, zła i rozbawiona.
- jak to? - złożyła ręce na piersiach i przyglądała się mi.
- to było tak wiesz, pod wpływem chwili... - mówiłam gryząc wargi. - naprawdę mi na nim zależy i nie chcę, żeby cierpiał przez moje odrzucenie...
- nie rozumiesz, że teraz będzie cierpiał podwójnie?! - uniosła ton. Pewnie kontynuowałybyśmy rozmowę, gdyby nie przerażający huk z dołu. Spojrzałyśmy na siebie porozumiewawczo i zbiegłyśmy na dół. Co zastałyśmy?
- szmata! - wrzeszczał Styles, kiedy Tomlinson obkładał go pięściami. Horror.
- możesz tak mówić jak spojrzysz w lustro. - mówił Louis. Miałam wrażenie, że zaraz się rozpłaczę. I nie, nie przez Harry'ego. Przez to, że podle potraktowałam Tommo, postawił mnie teraz we wstrząsającej sytuacji.
- przestańcie! - warknęłam. - Louis, odejdź, przestań!
Nikt nie zważał uwagi na moje słowa. Tymczasem Vivienne poszła uspakajać Irlandczyka i Zayn'a, którzy właśnie wymieniali między sobą dość nieprzyjemne słowa.
- twoja sucz przyszła! - mówił Styles. Nie ruszały mnie jego słowa, co było bardzo dziwne, bo zazwyczaj bolały mnie te wyrazy.
- zamknij ryj! - uderzył go w twarz po raz kolejny. Wkroczyłam w akcje, stanęłam między nimi, co było nie najlepszym pomysłem. Dlaczego? Otóż już po kilku sekundach poczułam silny i mocny ból w lewym policzku. Spojrzałam na chłopaków. Tomlinson patrzył wręcz wściekły na Harry'ego. Zaciskał zęby, a jego ręce trzęsły się, jakby miał padaczkę. Loczek zaś patrzył na mnie przerażony z uchyloną buzią.
- Boże... przepraszam... - wydusił z siebie.
- zabiję cię skurwielu! - wydarł się Tomlinson, a ja ponowiłam próbę odciągnięcia go on 18-latka.
- Louis do cholery! - wrzasnęłam, a ten spojrzał na mnie wściekłym wzrokiem i wyszedł z domu trzaskając drzwiami. Gdy już przeniosłam wzrok z drzwi na Harry'ego, nie zobaczyłam nic nowego. Nadal patrzy przerażony, tyle, że teraz z rozwaloną wargą w  trzech miejscach.
- n-nic ci... nie jest? - patrzył na mnie, jak na zjawę.
- ciekawe, że pytasz. - uśmiechnęłam się sarkastycznie i poszłam do kuchni. Chwilę potrwało, zanim ktoś z tamtego pomieszczenia mnie zauważył, chociaż wolałabym, żeby jednak tak się nie stało.
- a tej co? - roześmiał się Niall. W tej samej chwili do kuchni wszedł Harry. Niall wyszczerzył szeroko oczy. - nie gadaj, że się biliście...
- można tak powiedzieć. - syknął i wyjął z zamrażalnika dwie mrożonki, po czym jedną przyłożył sobie pod oko, a drugą mi, co mnie zdziwiło. - przepraszam.
- daj sobie spokój. - zabrałam mu mrożonkę i poszłam do salonu. Usiadłam i zaczęłam wydzwanianie do Lou. Na marne, nie odebrał ani jednego z moim 50-ciu telefonów...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz